Ledwo ucichły fanfary na cześć endometriozy, a już powitajmy brawami polipa.
Czy ja kiedyś wrócę od TEGO lekarza z wiadomością, że NIC MI KURWA NIE JEST?
Jak mnie to wkurrrwia.
Abrazje, srazje, bioposje mammotomiczne sriczne, łyżeczkowanie sranie.
Pierdolę serdecznie bycie kobietą.
Na znak protestu idę się dziś nachlać w martensach, a nie w szpilkach.
Taka będę alternatywna.
Pierdoęl szpilki i bycie subtelną i zwiewną.
Przylot A. przyspieszył się o tydzień, więc załączył mi się motor w tyłku, bo remont skończony, ale sprzątanie i układanie po nim wciąż jeszcze nie na tip-top. Zabawne jakim pedantem robi się wieczny bałaganiarz, kiedy w końcu ląduje 'na swoim'.
Trochę się cieszę, że zobaczymy się wcześniej, a trochę żałuję, że przez to nie będzie mi dane świętować wlaśnie z A. rocznicy triumfu instynktu samozachowawczego nad czymś, co nazywałam miłością. Nie było chwili, żebym żałowała i gdybym mogła cofnąć czas jebnęłabym tym wszystkim tak samo, tyle że znacznie wcześniej. Człowiek bywa czasem tak durny i ślepy, że aż boli. Ale wiem, że trzeba swoje przeżyć i popełnić kilka błędów, żeby tę durnotę dostrzec i umieć naprawić.
Z cyklu 'marzenia się spełniają': doczekałam się wreszcie koncertu Dave Matthews Band. Nie w Polsce jednak, lecz w Berlinie, co nie umiejsza mojej radości, bo koncerty w Niemczech pokochałam miłością wielką i dojrzałą. Jeszcze kilka lat temu przeszkadzała mi ta sztywna publika i niemrawe reakcje - podczas gdy we mnie wszystko drżało i krzyczało z radości i podekscytowania. Teraz, gdyż 'stara dupa jestem' - doceniam fakt, że przychodzę na koncert chwilę przed, wchodzę spokojnie jak człowiek, nie niesiona falą tłumu jak w Polsce i bez problemu podchodzę tak blisko jak chcę (tak, jak to było na Muse, gdzie miałam Matta na wyciągnięcie ręki, nie musiałam w tym celu leżakować pod sceną od rana i sikać w plastikową butelkę i nikt mnie z tego tytułu nie zgniotł). Bilet już do mnie jedzie i choć jego zakup nie był rozsądnym posunięciem - pieprzenie rozsądku, jak zwykle sprawiło mi ogromną przyjemność.
Siedzenie w domu z chorym dzieckiem po raz kolejny uświadamia mi, że większość wkurwów i stresów w moim obecnym życiu wynika z pracy, kontaktów z idiotami i rosnącej frustracji z zasiedzenia i wykonywania nudnych do wyrzygu czynności. 5-letnia córka dostarcza mi większych atrakcji i bardziej zmusza do myślenia. Jak zawsze w takich chwilach przeglądam ogłoszenia i frustruję się jeszcze bardziej widząc, że od lat nic się tak naprawdę nie zmieniło. Mam żal sama do siebie, że wciąż nie potrafię dojść do tego, co naprawdę chciałabym w życiu robić. Jedyne, co wiem to to, że nie nadaję się do pracy biurowej, niezależnie od tego, co się za tym biurkiem robi. Nie chcę całe życie hodować hemoroidów i zwyrodnienia kręgosłupa.
Perełka wyłowiona w 'Przerwanych objęciach' Almodovara: